Kroki. Stawiane szybko i niezdarnie, sunące od czasu do czasu po ziemi. Niewinne uśmiechy, nieświadome całego zła, jakie niesie ze sobą życie. Śmiechy, dziecięce krzyki, wesoła pogoń...ale beztroska dziecinna zabawa szybko przemija. Szkolny korytarz, to tutaj zaczynają się ludzkie problemy. Kilku przyjaciół, mniej lub bardziej szczerych. Zwyczajna rodzina, a dla tego młodego człowieka największym problemem okazuje się grupka niemiłych kolesiów z piątej B. Byli tylko przedsmakiem tego, co wydarzyło się nieco później. Póki co, przeżywa przez resztę lat wiele schematycznych, nieznaczących chwil, które zna każdy, a wszyscy o nich zapominają. Lata szkolne zdają się stresujące dla większości z nich, szybko weryfikują siłę psychiki i samokontrolę młodych. Nieraz polały się łzy, nieraz rozległ się przyjazny śmiech. Wtem nieśmiały blask świateł ukazuje jej twarz. Jest przerażona i czuje się bezsilna. Wie, że ktoś musi jej pomóc, nie wybrnie z tego sama - lecz z nią nikogo nie ma. Ona, jej strach i kilka stróżek krwi, cieknących powoli po krześle, stole, ścianie. Wygląda spomiędzy drzwi szafy, teraz, gdy nawet jej oddech wydaje się wystarczająco głośny. Nie może być, oni usłyszą. Dowiedzą się, że to jeszcze nie wszyscy. Wtopiona w kilka ciepłych matczynych płaszczów, stara się opanować emocje przyprawiające ją o utratę tchu. Nie ma drogi ucieczki, jej kryjówka okazuje się pułapką. Każda decyzja przyniosłaby jej pewną i szybką śmierć. A ciężki zapach mordu uparcie wisiał w powietrzu. Wtem słyszy, idą do góry. Nie wie kim są, ilu ich jest, czy stoją na zwiadach. Nie wie, dlaczego to zrobili. Jest pewna, głuchy stukot zdradza ich kierunek - idą po schodach. Nikt nie spodziewał się dziś w tym domu gości. A ona nie miała nawet jak wezwać pomocy. Mogła tylko czekać w nadziei, że zaniepokojeni sąsiedzi nieświadomie uratują jej życie. Nagłe wrzaski ogarniają cały dom. Nie były one tak okropne i przeszywające, jak poprzednie. Tamte zwiastowały tragedię, te okazały się zbawiennym ratunkiem. Czujne oczy rozglądają się po pomieszczeniu. Nie jest w stanie spojrzeć na podłogę. Huk wyważonych drzwi, kilku ludzi weszło na piętro za mordercami. Rozległo się kilka strzałów, odgłosy szarpaniny i dalsze krzyki. Zrozumiała ten nieznaczny uśmiech otrzymany od losu - ma szansę przeżyć. Chociaż w tej sytuacji wolałaby umrzeć, bała się zastrzelenia. Kilku z policjantów weszło do pokoju. Uchyliła nieznacznie szafę, patrząc na nich bez tchu, nieprzytomnie. Czuła się, jakby śniła, lecz w końcu była bezpieczna. Momentalnie z jej oczu poleciały łzy, co odwzorowywało ból jej brutalnie rozdartego serca. Miała ostatni raz zobaczyć się z nimi i pożegnać. To był okropny widok - ojca zabił strzał wymierzony prosto w głowę, czego nie wytrzymała czaszka. Matkę trafiono kilka razy w brzuch. Dziewczyna padła na podłogę obok ich ciał, trzęsąc się cała z żałości i bólu. Z domu nie mogła wyjść o własnych siłach. Nie, ani chwili dłużej to miejsce nie będzie dla niej domem. Już wiedziała, że choćby miała żebrać, nie wróci tutaj, nie ma po co. To wydarzenie będzie odbierało jej całe doby snu, jej życie zmieni się na zawsze. To ten moment zostawi największą bliznę w jej sercu, odbije się na młodej osobowości i psychice jak nic innego. Zrazi do ludzi, odbierze empatię i zaufanie. W cieniu tragicznej śmierci rodziców zostaną wszystkie inne troski. Ani bezpośrednie ofiary, ani winni nie ucierpieli do tego stopnia. Ale ona... Teraz chodzi po ciepłym, choć niemłodym domu swoich dalekich krewnych. Może nie są do końca kochającą rodziną, jednak bez nich byłaby całkiem sama. W nowym miejscu poznała przyjaciół, stara się zapomnieć o przeszłości. Co oczywiście nie nastąpiłoby nigdy. To właśnie tutaj, w tym domu, nadal uczyła się aż do osiągnięcia jednego ze swoich największych celów - zdobycia wymarzonej pracy i pieniędzy na podróżowanie. Dni mijają tam szybko, bywa lepiej i gorzej. Niedługo potem udaje jej się osiągnąć swoje zamiary. I to tak ma się skończyć młode życie? W momencie, gdy wszystko zaczyna iść po jej myśli...
- No w końcu...budzi się! Kochana moja, tak się martwiłam - czuje, że ktoś delikatnie ją przytula. Powoli otwiera oczy, dopiero z czasem zaczyna rozumieć co wydarzyło się naprawdę. Nie sposób odróżnić sen od jawy. Powoli rozmazane kolorowe plamy nabierają kształtów, słuch nie wydaje się już tak stłumiony. Spogląda w dół, widzi opatrunek na swojej nodze. Próbuje nią poruszyć, ale zniszczone mięśnie niezbyt chętnie współpracują. Nie czuje jednak bólu - to zapewne efekt silnych leków.
- Anastasio, na ciebie zawsze można liczyć. - słaby głos odpowiada na radość siostry - Prawie nic nie pamiętam... Ty wiesz, co się stało?
- To między innymi moje dzieło. - wskazała na opatrunek - Wyjmowanie pocisku z nogi bliskiego to, no cóż, cholernie stresująca i przykra sprawa. Całe szczęście, nie jestem chirurgiem.
- Przypominam sobie tylko odgłos strzałów, nagłe zamieszanie. Tłum ludzi na dworcu zaczął uciekać, ktoś mnie jeszcze wyniósł. - odpowiada ranna dziewczyna. Czuje się jeszcze słaba, nie może nawet usiąść. Jednak szczęście ogarnia jej wnętrze. Wie, że mogła skończyć gorzej, niż pod narkozą. Anastasia spojrzała na nią tym razem poważniej, niż przedtem.
- Katyo, przeżyłaś bardzo krwawy atak terrorystyczny. Gdy tylko mnie o tym poinformowano, wzięłam sprawy w swoje ręce i takim oto sposobem wylądowałaś tutaj. Moskiewskie karetki jeździły na dworzec blokując pół miasta. To dla ciebie szczęście, że masz w rodzinie lekarza. Trafiłaś do nas w opłakanym stanie, nie wiedziałam czy... - opowiadała Anastasia, siedząc na krześle blisko dziewczyny. Zapadła chwilowa cisza. Katya sięgnęła resztkami sił po dłoń siostry i posłała jej słaby uśmiech.
- Nie wiem, jak mam ci dziękować. A czy...kogoś zabito? Tam, na tym dworcu, wtedy...
Anastasia przytaknęła tylko. Była świadoma tego, co w młodości przeżywała Katya, sama przejmowała się często wywołanym przez to stanem psychicznym dziewczyny. Biologicznie były jedynie dalekimi kuzynkami, jednak część życia spędzonego w jednym domu poskutkowała przyjaźnią między nimi. Nie chciała więc nawet wspominać siostrze o śmiertelnych ofiarach, których było niemało.
- Mam dużo pracy. Rannych liczymy w tysiącach, a i tak szybka reakcja na atak uniemożliwiła wysadzenie dworca. Napastników było wielu, zebrali się spontanicznie i wmieszali w szary tłum. Cała Rosja trąbi o tym od paru godzin... Niemożliwe, abyś ich dostrzegła w godzinach szczytu pomiędzy tłumnie zgromadzonymi pasażerami. Muszę lecieć. Będę przychodziła patrzeć, czy żyjesz. Gdyby rana krwawiła, wezwij nas. To samo, gdybyś czuła kołatania serca czy omdlenie. Idę w głąb oddziału ratunkowego, będę pod ręką. - kobieta wyszła pospiesznie z sali. Dopiero teraz Katya mogła przyjrzeć się dokładniej otoczeniu. Nigdy wcześniej nie trafiła do szpitala, nie mówiąc już o tak poważnym i nagłym wypadku. Szpital był jednym ze starszych, wybudowanych kilkadziesiąt lat temu. Niezbyt nowoczesne szpitalne łóżko, kroplówka zawieszona na stojaku, kilka dość małych okien. Pomieszczenie nie było obszerne, jednak zapewne z troski o klaustrofobię u części pacjentów, całą krótszą ścianę zajmowało lustro. Na stoliku pod ścianą i półkach stało kilka całkiem zielonych roślin w szarawych doniczkach. Pomieszczenie wypełniało jeszcze światło dzienne. Odpowiednie nachylenie okien sprawiało, że promienie słońca przez większą część dnia zastępowały światło sztuczne w niewielkim pokoju. Co prawda nie było to niczym odkrywczym, jednak mimo wieków szpitalnych murów, budynek zachował swoją funkcjonalność. Jako, że ranną dziewczynę niedawno operowano, miała nieustannie mierzony puls i zapis pracy serca kardiografem. Denerwujący, równy dźwięk nadawał atmosfery temu miejscu. W rzeczy samej, gdyby nie on, można by się tu poczuć jak w domu. Monotonię tej chwili przerwał dzwoniący telefon. Katya tylko westchnęła, doskonale wiedząc, kto o tej akcji i jej skutkach chciałby wiedzieć najwięcej.
- Słucham?
- Czyli żyjesz. Z tego co mówiła nam Ana, obrażenia na szczęście nie okazały się bardzo ciężkie... To nasza wina, a raczej moja. Przepraszam cię, po raz kolejny naraziłem was wszystkich. - zaczął mówić, a jego głos załamywał się z czasem coraz bardziej - Powinienem być tam z wami, także zaryzykować. Nie wiemy, czy uda się uratować Ilię.
- Ilia! - wykrzyknęła Katya - On...był tam ze mną? Pamięć mnie zawodzi, ból przyćmił mnie do utraty przytomności.
- Walczą o jego życie. Tak, wysłałem tego dnia Ilię, Grega, ciebie, generalnie zebraliście razem dość pokaźną grupkę manifestujących. Chyba nie trzeba tłumaczyć, że to te rządowe kurwy porozwalały wam łby. Ty niedługo wyjeżdżasz, szczęściaro. I my musimy. Czym bliżej stolicy, tym bardziej niebezpiecznie dla takich rebelii. Ale musimy się rozdzielić, to już postanowione. Jeżeli ktoś zginie, niech będzie to przestrogą dla innych. Bądź ostrożna i zdrowiej prędko, a uciekaj stąd jak prędko możesz.
- Ilia to idiota. Znając życie, pchał się na uzbrojonych ludzi z gołymi rękoma.
- Katya, cholera jasna...On umiera! - podkreślił wyraźnie poddenerwowany. Nigdy wcześniej nie przejmował się do tego stopnia losami swoich ludzi. Tym razem szok wywołany brutalnym pogromieniem pokojowej akcji, przeważył.
- No dobrze, dobrze. Ja też mogłam wykitować. Dlatego tym razem cię posłucham i tym bardziej cieszę się na wyjazd służbowy. No tak, najpierw muszę wydobrzeć... Igor, wybacz ale muszę odpoczywać.
- Myślę, że wszystko jasne. Nasza działalność musi zostać zawieszona na pewien czas. Inni poradzą sobie bez Moskwy, a wtedy? Wtedy wrócimy do kraju i będziemy żyli jak gdyby reżim nigdy nie istniał.
- W życiu tu nie wrócę. - odparła ze śmiechem Katya - Do usłyszenia, kierowniku.
Młody mężczyzna siedział zniecierpliwiony na eleganckim fotelu. Od czasu do czasu nucił wesołą melodię, wyglądał nieznacznie przez okno i obserwował przedmioty na półkach, które widział już przecież milion razy. Drewniane regały uginały się lekko pod ciężarem przeróżnych przedmiotów: starych, zniszczonych książek, kilku walizek ze sprzętem, niezidentyfikowanymi metalowymi częściami. Każda z tych nieznaczących rzeczy była ułożona w pewnej zgodzie z resztą elementów. Było idealnie. Biuro wyglądało na własność kogoś naprawdę bogatego - w istocie, jego właścicielem był ceniony przedsiębiorca. Na środku pokoju stał niski stolik z ekranem. Wszystko wyglądało na starannie uprzednio przygotowane. W całym biurze panował nieskazitelny porządek, wszystko zdawało się mądrze umiejscowione, jakby rozplanowane i dobierane na wymiar. Z harmonią wizualną kontrastował jeden dość znaczący szczegół - zapach, który unosił się w tym pokoju, otulając go z każdej strony. Był nieprzyjemnie mdły, podobny do roślinnego, drażniący. Po długim czasie oczekiwań, w końcu ktoś zadzwonił do drzwi biura. Siedzący mężczyzna wtem zerwał się, aby odblokować wejście. Przed progiem stała osoba wyczekiwana przez mężczyznę.
- Witam serdecznie, czy to biuro, którego szukam? Pan Smith? - zapytał przybysz. Uwagę przykuwał jego staranny ubiór, co idealnie zgrywało się z atmosferą otoczenia. Niewielka niepewność łamała chwilami jego głos. Był więc widocznie poddenerwowany, ale jednocześnie podekscytowany.
- Witaj, nie zastałeś pana Smitha, a jedynie jego zaufanego pracownika. Mów mi po prostu Javier, lub jak tam chcesz. - wyciągnął rękę do mężczyzny, na co ten uścisnął ją pospiesznie - Mam ci przedstawić plan naszej współpracy, kilka jej warunków, przydatne informacje... I pamiętaj, od dziś jesteśmy współpracownikami. Zapraszam, usiądź tu proszę. - Javier wskazał na fotel obok swojego, po czym wyciągnął z kieszeni metalowe pudełko i zapalniczkę na stół.
- Flavio Caruso, miło mi. Dziękuję, ale chyba nie zapalę. - odpowiedział nieco zdziwiony na propozycję współpracownika. Jednak Javier niezbyt przejęty odmową, sam zaczął palić.
- Mam też tytoń, jeżeli nie przywykłeś do zioła. Nie? No cóż, a może chociaż kawę?
- Herbatę poproszę. - niezbyt wyrafinowany pracownik pana Smitha wezwał więc obsługę, po czym wstał i podszedł do stolika. Ten mebel wyraźnie zainteresował gościa już wcześniej, także obserwował go przez jakiś czas. Javier zaprosił do siebie gestem nowego współpracownika. Nieco uspokojony już Flavio patrzył swoim bystrym wzrokiem na zalążki planu wyświetlanego na ekranie. Javier zaczął mówić w czym rzecz, robiąc sobie co jakiś czas przerwy na dalsze palenie.
- Mamy za zadanie zaprojektować nowy wieżowiec w samym sercu Buenos Aires. Czyli w sumie jakieś dobre 5 kilometrów stąd. Ma być to przede wszystkim miejsce handlu i rozrywki. Musimy wziąć pod uwagę taras widokowy przy szczycie wieżowca, trzy platformowe windy, pełne oszklenie budynku połączone z bezpieczeństwem użytkowania. Mamy stworzyć końcowy plan jednego z najnowocześniejszych centrów handlowych świata. W tym celu oczywiście niejednokrotnie obejrzymy miejsce planowanej budowy, aby określić nasze możliwości. To będzie bardzo trudne zadanie, ale możemy dorobić się na tym fortuny, każdy z nas. I wierzę, że tak będzie: w końcu mam przed sobą mistrza w swoim fachu. - zaciągnął się, patrząc z ukosa na młodego Włocha. Świeżo upieczony architekt był niesamowicie zdolnym człowiekiem, o czym wiedział Javier. W porównaniu do niego, bardziej doświadczony praktycznie mężczyzn czuł się być w tym zawodzie raczej z przypadku i chęci zarobku. Bowiem o projektach Flavia Caruso świat słyszał, gdy ten był jeszcze studentem. Mimo bycia osobą stosunkowo znaną i szanowaną w swoim otoczeniu, chłopak wyglądał na całkiem normalnego, młodego mężczyznę. Niepozorny, jednak siłą rzeczy dość bogaty człowiek, z kilkoma już sukcesami w swojej niedługiej karierze. Starał się on nie brać spraw do końca w swoje ręce, a dopuścić do głosu także współpracowników. To dodawało mu paradoksalnie więcej doświadczenia i ciekawych pomysłów, niż samodzielne śledzenie swoich myśli. W końcu po chwilce przyglądania się zobrazowanemu na ekranie otoczeniu oraz bynajmniej dokładnych zarysach szkieletu budowli, chłopak podniósł głowę i spojrzał na nieco starszego Javiera. Czuł co prawda pewne zdziwieniem dość luźnym sposobem bycia pracownika tak ważnego. Sama jego aparycja co prawda nie sprowadzała postrzegania tejże osobistości na błędne tory - możliwe, że eleganckość była mu odgórnie narzucona. Bunt wyrażał szczególnie ten jego temperament, prezentowany każdym najmniejszym gestem. Musiał być jednak dobrym pracownikiem, sądząc nie tylko po zaufaniu, jakim był darzony przez szefa zatrudniającego przecież całą masę takich ludzi jak on. Drugim powodem była jego płynność przechodzenia ze swojego niedbałego stylu bycia, na maksimum zorganizowania i prób klarownego tłumaczenia. Flavio czuł, że rozmawia z człowiekiem jak najbardziej doświadczonym, choć może nie do końca znającym się na ludziach. Uśmiechnął się więc niby to miło, odwracając niespostrzeżenie głowę od kolejnej dawki dymu.
- Wybacz, ten zapach drażni mnie w życiu od jakiegoś czasu. - zaśmiał się życzliwie, na co speszony Javier uchylił momentalnie okno - Wróćmy do samego planu. Cóż, widzę że dysponujemy całkiem pokaźnymi terenami, a i tak pójdziemy w wysokość. Słusznym będzie dodać, że musimy dobrze rozplanować tak wiele planowanych elementów... - przemyślenia te mogłyby ciągnąć się w nieskończoność, jednak czas mocno ograniczył możliwości współpracowników. Zapadał ponury wieczór w centrum wielkiego miasta, gdzie wszystko za oknem zdawało się jednym wielkim chaosem. Po szerokich ulicach przejeżdżała masa samochodów, ludzie snuli się beznamiętnie pomiędzy neonowymi światłami bijącymi zewsząd. Atmosfera Aires można określić jako nieco przestarzałą, wiele budowli nie było już najnowszych, a zdzierany uliczny asfalt od dziesiątek lat nie został tknięty remontami. Było w tym mieście jednak coś, co przyciągało doń coraz to więcej ludzi: pełnia kontrastów. Nigdzie indziej w Argentynie nie pójdziesz na taką imprezę, jak w tutejszych klubach, Nigdzie w kraju nie spotkasz tak wielu zacisznych kątów, pięknych, choć sztucznie idealnych parków, całkiem opustoszałych uliczek czy placów. Nigdzie nie poprowadzisz tak efektywnie biznesu - wszystko jedno, czy jesteś szanowanym właścicielem korporacji, czy może nadwornym grajkiem czy innym darmozjadem, docenianym przez tutejszych gości. Nie ma na świecie miasta tak spokojnego i hucznego zarazem, tak szarego i pełnego kolorów, tak ślicznego i ohydnego. Stolicę porównują czasem do Werony, innym razem co najwyżej do Kalkuty. Nocą biedy nie widać; wtedy, gdy każdy ma czas wyjść z domu czy pracy, nikt nie patrzy w jej stronę. Światło pada tylko na przepiękne przeszklone wieżowce, filigranowe budynki nowych sklepów, kilka zabytkowych placów czy zameczków. Strefa ciemności pozostaje martwa, nadal niezauważalna. Właśnie taką wąską uliczką wróci dziś do domu Javier, a drogę oświetli mu płomień jedynej nadziei - zapalniczka.
- No, w końcu wrócił! Już biegnę Flavio, no już... PRZECIEŻ SŁYSZĘ... - wydzierała się na pół domu. I rzeczywiście, w jednej skarpecie i myjąc zęby biegła do drzwi. Zbiegała ze schodów niczym na skrzydłach, o mało nie zaliczając upadku. Przekręciła klucz w zamku dwudrzwiowych drzwi, co w takiej sytuacji wymagałoby przynajmniej czterech rąk. Klęła przy tym od czasu do czasu, wspominając coś o średniowieczu i przestarzałych technologiach. W progu drzwi stanęła niczym postać wyrwana z komedii. Całe to wrażenie powodowały i dopełniały jej wieczny, głupkowaty uśmiech, potargane włosy czy też nieco rozmazany makijaż.
- Zgaduję, że pani gdzieś wychodzi? - rzekł Flavio, wchodząc do środka. Cały czas obserwował uosobienie chaosu, czyli niepozornego właściciela tego staromodnego domu na obrzeżach.
- Obejdzie się bez tego. - mruknął chłopak - Ale z chęcią bym posłuchał, kto właściwie ma tutaj do nas dziś wpaść. Rozumiem, że zostaje na noc?
- Co cię to kurwa obchodzi? - wypaliła dziarsko rudowłosa panna - Ja ci wszystko opowiem Flavio, tylko daj mi proszę sekundkę na ogarnięcie się. Sam usiądź wygodnie w salonie, w końcu jeszcze pobędziesz jakiś czas moim gościem. Chcesz herbaty?
- Dzięki, nie tym razem. Dopiero co mnie nią uraczono. Czekam z niecierpliwością - zaśmiał się, słuchając tym razem poleceń nieogarniętej przyjaciółki. Rozsiadł się na wyjątkowo wygodnym fotelu, patrząc na obrazy powieszone na ścianach. Wszystko było tutaj staromodne, właściwie wraz z Rudą. Taki już miała styl - poniekąd narzucony przez dziadków w spadku, poniekąd sama z siebie lubiła starocie. On jednak wiedział, że te obrazy to jej własne dzieła - nie ujrzały nigdy światła dziennego, a sama autorka raczej niechętnie dzieliła się ich widokiem z innymi. Malowanie za pomocą farb i pędzla - cóż, nie było już od dawien dawna uważane za wielce szanowaną pracę czy pasję. Dlatego Ruda postanowiła zostać lekarzem i sama strzelić swojej pasji w łeb. Niemal każde jej dzieło pochodziło z czasów przed rozpoczęciem nauki na uniwersytecie. Wiedział o tym Flavio, który znał ją już parę ładnych lat. Kobieta pochodziła z samej Anglii, jednak już w młodych latach wraz z rodzicami i bratem przeprowadziła się właśnie na obrzeża Aires. W życiu zawsze miała szczęście, pieniądze i mogłoby się wydawać, że żyje wolna od problemów. Jej przyjaciel jednak nie śmiał nawet tak myśleć. Poznali się oczywiście przez Internet, mimo pochodzenia z dwóch totalnie innych krajów. Czasami przyjaciół na dobre i złe szuka się naprawdę daleko i długo. Interesy zbiegły mu się aktualnie z wyjazdem w te strony i oto poznali się w końcu w rzeczywistości.
- Ja pierdolę... - głęboko zamyślonego przyjaciela nieco rozbudziły kolejne fale przekleństw.
- Lana? Wszystko ok?
- Patrz co ta mała menda zrobiła! - w ręku dziewczyny widoczne były podarte na wiór dokumenty, dzieło jej niedawno adoptowanego kociątka. Śliczny zwierzak otarł się tylko bezczelnie o nogę zdruzgotanej właścicielki.
- Takich rzeczy nie przechowuje się na papierze, geniuszu - zaśmiał się chłopak - A teraz siadaj, mów kto ma dziś nas odwiedzić.
Kobieta była zrobiona na bóstwo, cóż tu wiele mówić. Miedziane włosy ze złotym błyskiem układały się w delikatne fale, sięgając przy tym nieco pod łopatkę. Piegi prześwitywały przez warstwę podkładu, sztuczne rzęsy powiększały jej zielone oczy. Ubrana może i nie tak formalnie, jak Flavio świeżo po rozmowie o pracę, jednak bez dwóch zdań elegancko i minimalistycznie. O mało nie zabijała się idąc na tak wysokich, lecz jakże pięknych szpilkach. Widoczne jej starania ukierunkowały domysły chłopaka do tego stopnia, że w sumie jej opowieść byłaby jedynie genezą zawarcia z kimś nowej, wyjątkowej relacji. Najwyraźniej z kimś całkiem świetnym. Chwiejnym krokiem podeszła do kanapy i spoczęła, bacznie poprawiając wpierw sukienkę.
- Hm, od czego tu zacząć. Na pewno kojarzysz fakt, że jakiś tydzień temu poszłam na kolejną imprezę. Coś tam się zapaliło, popiło dość dużą ilością wódki. Jakoś wchodziło. Nie pamiętam wiele, ale wiem, że poznałam go tam. Ma na imię Aiden i właściwie to od początku wpadłam mu w oko. A wiesz, jak to najebany facet - pewność siebie rośnie z każdym kolejnym shotem. Podszedł do mnie, choć z początku podpierał raczej ściany. Potańczyliśmy trochę, poleciała chyba nawet rundka darta czy bilardu... Po imprezie odezwał się do mnie, a właściwie napisał. Zaprosił mnie na takie pomosty blisko plaży i cóż...skradł moje serce. - mówiąc o tym szczerzyła się jak opętana, a jej serce szalało wręcz ze szczęścia. Flavio słuchał jej opowieści ze zdumieniem. Tak, co prawda jego serdeczna przyjaciółka była od zawsze dosyć szalona i uwielbiała imprezować, jednak nigdy jeszcze nie potraktowała poznanych tam ludzi tak...poważnie. A przynajmniej z tego, co mówiła.
- Lanhelico, ty tak serio? - zaśmiał się wymownie, lecz rozmowę przerwało im pukanie do drzwi - Cóż, pozostało mi życzyć powodzenia.
- Mój Boże, Flavio, to on! - wrzasnęła podekscytowana - Zostań proszę w domu, my pójdziemy się przejść. Do później.
Dziewczyna niezdarnie szła w stronę długiego korytarza, łapiąc po drodze klucze, telefon i kilka innych ważnych przedmiotów. Sprawy potoczyły się dość szybko